Kultura unieważniania rodziny – Kongres Polska Wielki Projekt

Kultura unieważniania rodziny

„Wy, osoby heteroseksualne, strasznie się homoseksualizujecie” – niemal przed dekadą obwieścił Maciej Nowak, opisując wyłaniający się wzór życia wielkomiejskich małżeństw. W wywiadzie z Robertem Mazurkiem podzielił się swoimi obrazoburczymi tezami:

„Przejmujecie styl życia homoseksualistów, upodobniacie się do nas. […] Przyglądam się moim heteroseksualnym przyjaciołom, rówieśnikom-pięćdziesięciolatkom, których większość wymieniła żony na nowe modele i którzy nie chcą ponosić konsekwencji swoich wcześniejszych wyborów życiowych czy rodzinnych. To jest rodzaj homoseksualizacji heteryków. Wielu moich kolegów chciałoby żyć tak jak ja – bez rodziny, załatwiania spraw, wysyłania dzieci do szkoły. […] Homoseksualizacja to chęć powtórzenia stylu życia stereotypowego wesołego geja”.

Było to powiedziane trochę w konwencji prowokacji, w stylu homoseksualisty, który na łamach Gazety Wyborczej w 2001 dokonał jednego z pierwszych głośnych coming-outów III RP, a po 15 latach przyznał, że zagłosował na Andrzeja Dudę i docenia socjalną politykę PiS. Ale w tym przymrużeniu oka zawarta była głęboka intuicja, że kryzys współczesnej rodziny ma głębsze źródła niż ideologia LGBT. Stoi za nim rozwój współczesnego kapitalizmu, który pozwala nam traktować naszych życiowych partnerów jakby byli „modelami”, które można wymieniać co roku na lepsze i nowsze. Taki kapitalizm pozwala nam niemal bezboleśnie zrywać z tradycyjnymi zobowiązaniami i instytucjami (rodziną, ojcostwem, szkołą) oraz nie brać konsekwencji za swoje wcześniejsze wybory. Choć ofiarą tego systemu najczęściej padają kobiety, to wymieniony może zostać przecież każdy.

Kiedy raz logika zarządzania przenika do świata naszego życia, niemal niemożliwe jest z niej wyjść. Po eksplozji mediów społecznościowych i stron randkowych trudno w ogóle znaleźć partnerkę czy partnera bez eksperckich algorytmów. Ma to poważne konsekwencje dla tego, jak na siebie patrzymy. Mój znajomy, który wytrwale poszukiwał dla siebie drugiej połówki, ze zdumieniem odkrył, że patrzy na kolejne profile jak na rzeczy na Allegro, przez chwilę, trochę w roztargnieniu i trochę w ekscytacji, że kolejne zdjęcie kobiety czymś go zaciekawi, tak jakby wybierał między garniturami, które można kupić, a jeśli nie będzie się zadowolonym – oddać lub wymienić (w ciągu czternastu dni od daty zakupu). Ale najgorsze było to – zwierzył mi się – że kobiety – te wymarzone wybranki, których tak intensywnie poszukiwał – musiały tak samo patrzeć na niego. One stawały się dla niego rzeczami, ale on także był rzeczą dla nich.

Zjawisko przeniesienia logiki rynku na związki romantyczne opisywane jest przez socjologów już od dekad. Arlie Hochshild ujęła je w metaforze „zarządzanego serca” (managed heart). Nasze serca przestały być otwarte na drugą osobę, zamknęły się. Jak u Kaja z bajki Andersena o Królowej Śniegu, współczesne serca przeniknął lód, jakaś chłodna, kalkulująca część, która ocenia, czy miłość nam się opłaca, czy nie. Nie ufamy już swojemu sercu i sięgamy po ekspertów, którzy na powrót nauczą nas, jak być spontanicznymi i otwartymi. W takim świecie – jak opisywała izraelska socjolog, Eva Illouz – zaangażowanie uczuciowe staje się szczególnie niebezpieczne. Jeśli zaangażuję się w jakikolwiek związek – a związki stały się wysoce niestabilne – muszę liczyć się z tym, że zostanę „wymieniony”. Lepiej więc w ogóle się nie angażować. Illouz opisała to coraz powszechniejsze zjawisko jako obawę przed zaangażowaniem (commitment phobia). Dotyka ona przede wszystkim mężczyzn i znów kobiety na współczesnych rynkach matrymonialnych znajdują się w gorszej pozycji. One częściej szukają trwałej relacji, której mężczyźni nie chcą, a może już – nie mogą im dać.

Kapitalizm prowadzi do osłabienia relacji między ludźmi i zamknięcia ich serc, ale jednocześnie rozpad rodzin ma bardzo poważne skutki dla kapitalizmu. To wygląda tak, jakby system rynkowy wypłukiwał swoje własne podstawy, podstawy, bez których nie będzie mógł na dłuższą metę trwać. Zwrócił na to uwagę pierwszy tego typu w Polsce raport pod redakcją prof. Michała Michalskiego i dr. Filipa Furmana „Koszty rozpadu rodzin i małżeństw w Polsce”. Skupiając się na ostatniej dekadzie, autorzy pokazali, że nawet w Polsce – w której w porównaniu z innymi krajami UE rodzina pozostaje nadal silna – jest coraz mniej zawieranych małżeństw (niemal 230.000 w 2010 roku, dziś poniżej 200.000) i że małżeństwa przechodzą ze sfery świętej (kościoły) do świeckiej (urzędy stanu cywilnego). Do tego dochodzi utrzymujący się od lat wysoki współczynnik rozwodów, który dotyczy ok. jednej czwartej wszystkich związków.  Autorzy oszacowali, że tylko w 2019 koszt rozpadu związków dla naszej gospodarki wyniósł minimum 5 mld 699 mln złotych. Opisali także olbrzymie koszty społeczne osłabienia małżeństw, które wyrażają się w zwiększonym ryzyku pojawienia się problemów psychicznych zarówno u rozwodzących się małżonków.

Kruchość kolejnego pokolenia

Rozpad więzi jest pewnym procesem, którego rozwód jest tylko ostatnim akordem. Złe relacje w małżeństwie nie muszą od razu przełożyć się na jego zakończenie, ale przekładają się na dobrostan dzieci. To one – pozostawione samym sobie – są najbardziej podatne na niepokoje współczesnego świata. Kiedy rodzice wycofują się z wychowania, oddając tę rolę rówieśnikom i mediom społecznościowym, stają się odpowiedzialni za psychiczną niestabilność swoich dzieci. Pokazał to w swojej ważnej książce węgiersko-kanadyjski lekarz, Gabor Maté, wydanej po polsku pt. „Więź. Dlaczego rodzice powinni być ważniejsi od kolegów”. Kiedy zachwiana zostaje transmisja międzypokoleniowa, kolejne pokolenie traci stały punkt odniesienia. Jego istnienie było istotne choćby dlatego, że w konflikcie z pokoleniem starszym, w kontestacji jego wartości kolejne pokolenie mogło budować swoją podmiotowość. Kiedy nie ma punktu odniesienia w starszych, ta podmiotowość jest budowana przez rówieśników.

Jednym z efektów przerwania ciągłości między pokoleniami jest coraz szybsza sekularyzacja wśród młodzież. Również w Polsce pojawia się coraz szersza kategoria „nones”, która odcina się od zinstytucjonalizowanych form religii. Kiedy zanika jeden kompas moralny, należy zastąpić go innym. Takiego kompasu dostarcza zaś tzw. kultura ofiar (victimhood culture). O ile w tradycyjnych kulturach honoru wyróżnionym statusem moralnym był status bohatera, herosa, który w obronie swojego honoru nie cofał się przed przemocą, o tyle w kulturach ofiar jedynie „ofiary się nie mylą” i jedynie one posiadają kapitał moralny. Tak jak w kulturach honoru ofiary miały niski status moralny, tak w kulturach ofiar heros staje się potencjalnym sprawcą, tracącym od razu godność i prestiż. Tutaj bohater może utrzymać swój moralny status wtedy wyłącznie, gdy staje po stronie ofiar. Stąd dziś najbardziej popularna gra moralna polega na obsadzaniu się w roli ofiary (a także ofiarnego bohatera czy bohaterskiej ofiary) i obsadzaniu swoich przeciwników w polu sprawców. W ten schemat wpisują się wszystkie ruchy emancypacyjne (LGBT, BLM), które odwołują się do toposów przebudzenia (woke) i tworzą rodzaj fali quasi-religijnego przebudzenia.

Te nowe religijne formy – w przeciwieństwie do tradycyjnych wyznań – nie dają jednak obietnicy bezpieczeństwa. O ile tradycyjne wyznania miały swoje świątynie – kościoły, synagogi i meczety – do których można było wejść i z których można było wyjść, o tyle kultury ofiar nie można opuścić nawet na chwilę, bo jej domeną są media społecznościowe, które nigdy nie zasypiają, generując nieustannie u swych użytkowników olbrzymi niepokój. Jak pokazał, jeden z najbardziej wpływowych współczesnych psychologów, Jonathan Haidt, przełom nastąpił w 2009 roku, kiedy Facebook wprowadził przycisk „like”, a Twitter – „retweet”. Wtedy media społecznościowe, które służyły dotąd dzieleniu się zainteresowaniami, stały się coraz bardziej toksyczną przestrzenią kultury unieważnienia (cancel culture). Odtąd nikt nie mógł być już w bezpieczny, bo każdy mógł zostać oskarżony o popełnienie jakiegoś niewybaczalnego błędu przez internetowy tłum w tysiącach powtórzeń. Przełożyło się to na gwałtowny wzrost odsetka młodych osób, które borykają się z problemami psychicznymi. Trend wzrostowy rozpoczął się około roku 2012 z coraz większymi wskaźnikami depresji, niepokoju, okaleczeń i samobójstw. Jonathan Haidt i Greg Lukianoff wskazują, że do tego fatalnego trendu przyczyniła się „infantylizacja” najmłodszego pokolenia przez pokolenia starsze, które próbują chronić je przed wszystkimi niebezpieczeństwami. Mielibyśmy tutaj do czynienia z efektem odwrócenia, który sprawia, że młode pokolenie zamiast mierzyć się samodzielnie z wyzwaniami życia jest przed nimi chronione, stając się coraz słabsze. W konsekwencji – używając języka Nicholasa Taleba – najmłodsze pokolenia zamiast anty-kruche, zdolne do powstania po ciosie, stają się coraz bardziej kruche. Nie łudźmy się, że nie dotyczy to Polski. Na ostatnie seminarium Tomasza Zielińskiego, który pokazuje rodzicom, jak rozmawiać z dziećmi i chronić je przed myślami samobójczymi, samookaleczeniem i depresją, w 35 godzin zapisało się 1050 osób, wypełniając wszystkie wolne miejsca.

Jak żyć?

Paradoks polega na tym, że w momencie swojego największego kryzysu tradycyjna rodzina czyniona jest coraz częściej odpowiedzialną za niepokój współczesnego świata. Kilka lat temu na Oxfordzie współorganizowałem konferencję o transhumanizmie. Chcieliśmy w niej pokazać, że marzenie o przekroczeniu ograniczeń człowieka – o staniu się potężnym, pięknym, szczęśliwym, nieśmiertelnym, boskim – jest wpisane w ludzką kulturę, ale jednocześnie jest marzeniem niebezpiecznym. Jeden z naszych gości poszedł jednak znacznie dalej. Dlaczego mamy w ogóle wzmacniać człowieka – dowodził – dbać o rozwój jego wszystkich potencji, skoro człowiek jest największym zagrożeniem dla planety? Dlaczego chcemy budować ludzkie monstrum, które niszczy wszystko wokół siebie, prowadzi do globalnego ocieplenia i wymierania gatunków. Najlepszym – jeśli nie jedynym rozwiązaniem kwestii ludzkiej – jest wyeliminowanie człowieka. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem o antynatalizmie.

Kilka lat temu wydawało mi się to egzotyczną filozofią, konceptem rozwijanym przez akademików na progresywnych uczelniach, ale dziś słyszę, jak tym językiem mówią nasze dzieci. Antynatalizm przeszedł z wyrafinowanych intelektualnych debat na Tik-Toka. Jak w ostatnich swoich komentarzach pokazał Krzysztof Mazur, przemiany klimatu i katastrofalne zjawiska pogodowe doprowadziły również w Polsce do niepokoju, który naukowcy określają jako niepokój klimatyczny (climate anxietyclimate change anxiety) czy też eko-niepokój (eco-anxiety, eco-distress). Dotyczy on zwłaszcza młodych. Tylko w Stanach Zjednoczonych około połowy przebadanych nastolatków odczuwało lęk i brak nadziei w obliczu zmian klimatu. Podstawowym przeświadczeniem tego pokolenia stało się: „Nie umrzemy ze starości, lecz z powodu klimatu”.

Istota każdego społeczeństwa – i każdej cywilizacji – definiowana jest przez rodzinę. Jeśli dziś współczesna rodzina się zmienia, ma to fundamentalne znaczenie dla tego, kim jesteśmy. Antropologowie za swoim klasykiem, Alfredem Radcliffem-Brownem definiowali „rodzinę elementarną” jako złożenie trzech stosunków społecznych: między mężem a żoną, między rodzeństwem i między rodzicami a dziećmi. Nie potrzebujemy kolejnego wielkiego antropologa, żeby wiedzieć, a przede wszystkim doświadczyć, że każdy z tych podstawowych stosunków pokrewieństwa na naszych oczach ulega głębokim przeobrażeniom. A razem z każdą zmianą przekształca się nasza cywilizacja. Choć wiemy, czym ona jest, nie potrafimy przewidzieć, czym się stanie.