"Naiwnością byłoby uważanie, że historia może być apolityczna" – XII Kongres Polska Wielki Projekt

„Naiwnością byłoby uważanie, że historia może być apolityczna”

„Polityka i historia są tak nierozerwalne, że doprawdy naiwnością byłoby uważanie, że historia może być apolityczna. Naturalnie, niezwykle ważne i cenne jest akademickie oderwanie się od politycznych potrzeb i rzetelna rekonstrukcja skomplikowanych niekiedy i wielowątkowych zjawisk i wydarzeń. Złudna jednak wydaje się nadzieja – zwłaszcza w dzisiejszych czasach – że historia nagle po wszystkich doświadczeniach ludzkiej cywilizacji zostanie pozostawiona wyłącznie jako obszar odtwarzania przeszłości” – pisze w tekście zatytułowanym „W historii wojna trwa” w „Przeglądzie wyzwań strategicznych” prof. Piotr Gontarczyk.

Historia zawsze była istotna w przestrzeni publicznej, a jej znaczenie wykraczało poza wyłącznie sferę opisu minionych faktów. W starożytnym Egipcie byli władcy, którzy nakazywali usuwać ślady niektórych swoich poprzedników, insygnia ich władzy oraz wyznawane przez nich systemy wierzeń. Aleksander Macedoński w 334 r. p.n.e. oficjalnie wybrał się na wielką wyprawę przeciwko Persji, żeby uwolnić Greków Anatolijskich, pomścić ich krzywdy, a także zrewanżować się za najazdy Persów z poprzednich stuleci. Kto dzisiaj pamięta, że wielu owych Greków „wyzwalanych” w Anatolii, którzy byli lojalni wobec władców Persji, masowo mordował lub zsyłał do kopalni jako niewolników?

Jedni chcieli do historii przejść choćby i barbarzyńskimi czynami, jak Herostrates z Efezu, który spalił Artemizjon, inni chcieli go za to wymazać z przeszłości, a udało mu się w niej przetrwać dzięki bodaj jednej nieopatrznej wzmiance w kronice. Inni, dzięki swoim pomysłom, jak król Karii Mauzolos sprzed 2,5 tys. lat, pozostali do dziś obecni w naszej kulturze, przestrzeni, symbolice. Inni, jak Juliusz Cezar po kampanii w Galii, pisali źródła, sami doskonale wiedząc, jaka będzie waga ich memuarów w historii, a wcześniej w polityce.

Wojna o polityczne rozumienie współczesności często oparta na wątkach religijnych, historycznych toczyła się od zawsze: w budowaniu pomników, w niszczeniu prawdziwych i wytwarzaniu fałszywych dokumentów, w każdym rodzaju piśmiennictwa i używanej w nich nawet tytulaturze, w inskrypcjach zamieszczanych na wznoszonych budowlach, w budowaniu genealogii najpierw rodowej, a potem politycznej, heraldyce, na monetach i na igrzyskach. Polityka i historia są tak nierozerwalne, że doprawdy naiwnością byłoby uważanie, że historia może być apolityczna. Naturalnie, niezwykle ważne i cenne jest akademickie oderwanie się od politycznych potrzeb i rzetelna rekonstrukcja skomplikowanych niekiedy i wielowątkowych zjawisk i wydarzeń. Złudna jednak wydaje się nadzieja – zwłaszcza w dzisiejszych czasach – że historia nagle po wszystkich doświadczeniach ludzkiej cywilizacji zostanie pozostawiona wyłącznie jako obszar odtwarzania przeszłości. Przeciwnie: historia zawsze tłumaczyła współczesny świat i jako taka była obszarem poszukiwania legitymacji władzy, uzasadnienia systemu politycznego i społecznego, uprzywilejowanej pozycji osób, grup społecznych i narodów. Co tu jest prawdą, co fikcją, co argumentem prawdziwym, a co zwykłą blagą, nie zawsze jest łatwe do rozstrzygnięcia, a nawet jego wyjątkowa merytorycznie jakość nie zawsze miała i często nie ma dla wagi używania owych argumentów historycznych większego znaczenia. Ważniejsze, że zawsze używano ich do atakowania państw, religii czy wręcz cywilizacji zarówno na potrzeby wewnętrzne, jak i polityki międzynarodowej czasem z bardzo daleko idącymi konsekwencja- mi. Mowy Marka Porcjusza Katona na temat Kartaginy (sam kiedyś żołnierz w wojnie z tym państwem) odwoływały się do argumentów politycznych, ale także do historii. Mimo oporu wielu Rzymian osta- tecznie doprowadziły do zniszczenia Kartaginy. Swoją rolę odegrało także niefortunne posługiwanie się przez niefortunnie wybranych na tron Polski królów z dynastii Wazów tytułem „królów Szwecji”. Formalno-prawna i historyczna uzurpacja, która przyczyniła się do popchnięcia Rzeczypospolitej na skraj historycznej przepaści.

Polska i Niemcy

Taka wycieczka w przeszłość (historia magistra vitae est) wskazuje na czynniki od zawsze pokazujące nieusuwalną symbiotyczność związku historii i polityki. Dobrze widać to na przykładzie Polski włącznie z faktem, że tradycyjnie jest ona polem (historycznej) bitwy mocarstw, takich jak Niemcy, które w przeszłości robiły bardzo wiele, by unikać odpowiedzialności za zbrodnie z czasów II wojny światowej. Rzekome niemieckie rozliczenie przeszłości to historyczna mistyfikacja. Konstytucja, na bazie której ufundowano RFN, wykluczyła możliwość wydania w ręce innych państw zbrodniarzy hitle- rowskich. Ci podlegali w późniejszym okresie ochronie prawnej także przed niemieckimi sądami. Sami swoi: ci hitlerowcy, którzy te prawa tworzyli, i ci hitlerowcy, którzy mogliby im podlegać. W większości zapadające wyroki w sprawach zbrodni hitlerowskich na Żydach i Polakach były uniewinniające. Liczni mordercy, zbrodniarze, funkcyjni machiny Holocaustu i organizacji systemu mordowania ocalałych żydowskich uciekinierów pozostawali bezkarni. Za typowy można tu wskazać przykład wicestarosty powiatu miechowskiego Friedricha Schmidta. Organizował on eksterminację Żydów, a w czasie jednej z masowych ich egzekucji został raniony w szyję przez mordowanego Żyda. Z rąk hitlerowskich władz za bohaterstwo w „rozwiązywaniu kwestii żydowskiej” dostał wówczas odznaczenie, a po wojnie, w latach 70. XX w. (jako znany prawnik i wpływowa postać) uniewinnienie w postępowaniu za udział w Holocauście. Dość powiedzieć, że żaden z podobnych urzędników cywilnych czy sędziów niemieckiego aparatu w okupowanej Polsce nie poniósł żadnej odpowiedzialności za dokonane w czasie wojny zbrodnie.

Niemieckie działania w przestrzeni historycznej poszły w kierunku „odniemczenia” zbrodni na rzecz bliżej niezdefiniowanych nazistów, ale także czegoś, co można zdefiniować jako „uwspólnianie” Holocaustu. Chodzi głównie o przedstawianie niechęci do Żydów jako „projektu europejskiego”, którego Niemcy byli tylko wykonawcami. To sposób na „rozdzielanie” tej niemieckiej zbrodni na inne narody Europy, w tym także na Polaków.

Metodologia tego ataku jest różna i nie można jej traktować jako całości, bowiem media i rynek naukowy w Niemczech nie są sterowane tak jak w Rosji. Można tu jedynie próbować opisać problem sumowania się wielu czynników: konsekwentnej polityki władz RFN w sprawie „wybielania” hitlerowskich zbrodni, wywodzenia się całego systemu prawnego Niemiec z generaliów III Rzeszy, pochodzenie części mediów z hitlerowskich korzeni, a także klasycznie antypolskie resentymenty i uprzedzenia. W tworzeniu i promowaniu „pedagogiki wstydu” istotną rolę zawsze odgrywały należące do naszych zachodnich sąsiadów media.

Powyższe działania w przestrzeni publicznej bynajmniej nie wyczerpują zagadnienia. Przeciwnie, są tylko fragmentem systemu przywilejów, orderów i stypendiów, który za pomocą najprostszych narzędzi w postaci środków finansowych, dostępu do dóbr i możli- wości, będzie generował postawy „co najmniej miękkie” do ośrodków, z których będą płynęły pieniądze. Nie wolno zapominać o tym, że prace naukowców chociażby z Niemieckiego Instytutu Historycz- nego w Warszawie prezentują niekiedy w sprawach historii Polski klimat niemal tożsamy z III Rzeszą. Wyrósł tam na przykład historyk opisujący odrodzenie się Polski jako historyczne nieporozumienie i akt orgii, zbrodni i przemocy (Jochen Böhler, Wojna domowa. Nowe spojrzenie na odrodzenie Polski w latach 1918-1921, Kraków 2018). Po- wstanie Wielkopolskie zostało przedstawione tam jako bunt mniej- szości, która wykorzystała „dobroduszność niemieckiej większości” (tymczasem to Polacy stanowili w Wielkopolsce większość), a generalnie przyznanie Polsce Pomorza było wtedy stworzeniem „polskiego korytarza” wyrąbanego w „Prusach Zachodnich”. Poza jednak tego rodzaju pracami dominują metody bardziej subtelnego oddziaływania na publikacje ukazujące się o Polsce. Klasycznym przykładem może tu być sprawa ostatniej książki o „granatowej” policji w Generalnym Gubernatorstwie pióra Jana Grabowskiego. Autor ów, którego pisarstwo znane jest w Polsce jako pozbawione elementarnych cech wiarygodności naukowej (braku poważniejszego kontaktu intelektu- alnego pomiędzy budowaną narracją i treścią materiału źródłowego, ustawiczne posługiwanie się zmienionymi lub fałszywymi cytatami itp.), spróbował stworzyć obraz, w którym tzw. „granatowa” policja (składająca się przecież przede wszystkim z Polaków) była odpo- wiedzialna za śmierć „setek tysięcy” żydowskich uciekinierów i była ważnym elementem niemieckiej machiny Holocaustu. Wszystko to oczywiście jest mistyfikacją budowaną klasycznymi dla tego autora metodami w postaci konfabulacji i fałszywego relacjonowania źródeł (szerzej pisałem o tym w Tygodniku „Sieci” 1.06.2020). Charakterystyczne w tym wszystkim jest to, że w czasie przygotowywania książki autor był afiliowany przy Zentrum für Holocaust-Studien przy Institut für Zeitgeschichte w Monachium.

Warto wspomnieć o szerszej działalności tego autora w Pol- sce. Jest on mianowicie współredaktorem (obok Barbary Engelking) dwutomowego wydawnictwa na temat losów Żydów w czasie Holocaustu (Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski, Warszawa 2018), w którym w sposób ciągły, niezgodny z treścią wykorzystywanych źródeł, dopuszczając się systemowych falsyfikacji relacji ze źródeł (albo wprost ich treści), dokonywana jest operacja (na dużą skalę metodami niedozwolonymi w nauce) możliwie jak naj- szerszego obarczenia rzekomym „współudziałem” Polaków w Zagła- dzie Żydów. To proces, który dzieje się na naszych oczach. W interesie państwa polskiego jest kwestia zaprezentowania solidnych badań naukowych w obronie zarówno prawdy historycznej na temat historii Polski, jak i prawdy o Holocauście. Tu konsekwencje braku obrony prawdy o minionej historii mogą mieć ogromne znaczenie dla na- szego kraju zarówno w wymiarze wizerunkowym, jak i politycznym. Za operacją „historycznego przesunięcia” Polaków ze statusu ofiar ostatniej wojny do kategorii współsprawców Zagłady Żydów mogą stać także ogromne pieniądze. Jak to ładnie wyłożył kiedyś w jednym z artykułów były już dyrektor Muzeum Polin, obecnie trudno będzie od Polski oczekiwać zaspokojenia roszczeń, bowiem Polacy uważają się za ofiary II wojny światowej. Sytuacja powinna zmienić się, kiedy do opinii publicznej dotrą odpowiednie informacje o polskich prze- stępstwach na Żydach i Holocauście. To już będzie pod względem historycznym (i moralnym) sytuacja, która „może ułatwić rozwiązanie kwestii własności”.

Nowa stara Rosja

Próbami przedstawiania historii Polski jako kraju agresywnego, wojowniczego (takie głosy pojawiają się w Niemczech), a ostatnio także dezawuowania Polski jako kraju antysemickiego zainteresowana jest Rosja. Dla niej samo odrodzenie się państwa polskiego (tak jak dla historyka spod znaku NIH) to geopolityczne nieszczęście zakończone podpisaniem w 1921 r. Traktatu Ryskiego. Sam prezydent Putin określił ówczesną Polskę jako agresora, a sam pokój jako niesprawiedliwy, bo przyznający Polsce część ziem białoruskich i ukraiń- skich, które ZSRS (a więc z historycznego punktu widzenia: słusznie) odebrała w 1939 r. Swego rodzaju novum (w postaci tego rodzaju wywodów i ciągłego powtarzania, że zbrodnia katyńska była należytą „odpłatą” za mordowanie sowieckich jeńców w 1920 r., którego nigdy nie było) kremlowska propaganda w ostatnich latach wzmocniła ak- centy przedstawiające Polskę jako kraj antysemicki i współodpowiedzialny za Holocaust. Ta operacja, w przeciwieństwie do tego, co dzieje się w Niemczech, jest zaplanowaną kampanią wymierzoną w Polskę i prezentowaną tak przez oficjalne wystąpienia („publikacje dokumentów”) rosyjskich ministerstw obrony narodowej czy spraw zagranicznych, a także pozostających w gestii rosyjskich władz placówek naukowych i archiwalnych. Tu w sposób programowy powrócono do wizji historii Związku Sowieckiego wytyczonej osobiście przez Józefa Stalina w redagowanej przez niego broszurze Fałszerze historii z 1946 r. Mamy więc do czynienia z pełną rehabilitacją w czasach Władimira Putina paktu Ribbentrop-Mołotow i polityki sowieckich podbojów dokonywanych w sojuszu z Hitlerem w latach 1939-1941. Słuchając i czytając czołowych polityków rosyjskich odnoszących się do kwestii agresji sowieckiej z września 1939 r., nie sposób nie zauważyć pełnego powrotu do sowieckiej propagandy z lat stalinow- skich. Były szef administracji i bliski współpracownik prezydenta Władimira Putina w związku z kolejną rocznicą sowieckiego najazdu powiedział: „Twierdzenia, iż ZSRS jesienią 1939 r. okupował Polskę są niezgodne z faktami historycznymi. Wyraził też ocenę, że przed wkroczeniem Armii Czerwonej we wrześniu 1939 r. Polska jako państwo przestała faktycznie istnieć, a jej władze polityczne i wojskowe rozpierzchły się pod uderzeniem armii niemieckiej” (S. Iwanow, Oceny, że ZSRS kupował Polskę w 1939, są niezgodne z faktami, „Dzieje.pl”, 17.09.2019).

Obok podobnych kłamliwych twierdzeń o wkroczeniu Armii Czerwonej do Polski, kiedy Wojsko Polskie zostało już rozbite, a władze uciekły do Rumunii (w rzeczywistości walki jeszcze trwały, a władze polskie opuściły teren kraju już po agresji sowieckiej), po- jawiły się te rzadziej wykorzystywane lub całkiem nowe. Agresywna propaganda rosyjska i podporządkowani władzom „dyżurni historycy” przedstawiają Polskę jako kraj ściśle współpracujący z III Rzeszą względnie wprost z „nazistami”. To informacja oczywiście nieprawdziwa: przez całe dwudziestolecie międzywojenne II Rzeczpospolita prowadziła politykę równego dystansu, wykluczając jakiekolwiek porozumienia czy sojusze wojskowe zarówno z Niemcami, jak i z Rosją. Odmowa współpracy z Niemcami była jednym z powodów niemieckiej agresji na sprzymierzoną z zachodnimi demokracjami Polskę. Propaganda rosyjska jako dowód współpracy z hitlerowską III Rzeszą wskazuje również zajęcie Zaolzia przez Polskę w październiku 1938 r., po konferencji w Monachium, kiedy los Czechosłowacji został już przesądzony. W istocie władze polskie działały tu bez porozumienia z Niemcami, choć sam fakt skorzystania z okazji i wystosowania do władz w Pradze ultimatum i przyłączenie do Polski ziem z etnicznie polską większością większość polskich historyków traktuje jako poli- tyczny błąd polegający na wpisaniu się w niemiecką politykę roszczeń terytorialnych bez względu na to, że zostały one zaakceptowane przez władze Czechosłowacji i przez zachodnie mocarstwa na konferencji w Monachium. W świetle propagandy rosyjskiej Monachium jest ważnym elementem polityki Anglii i Francji, które miały pchać Hitlera na wschód i wspierać jego podboje. W rzeczywistości konferencja w Monachium była próbą – prawda, że całkowicie nieudaną – ratowania pokoju w Europie. Ale polityka polska w najmniejszym stopniu nie odpowiada ani za wyniki konferencji monachijskiej, ani za późniejszy wybuch II wojny światowej. Ta zaczęła się dlatego, że chcieli jej Adolf Hitler i Józef Stalin.

W tym kontekście, a także w kwestii szukania odpowiedzialnych za eksterminację polskich Żydów i tej tragedii, współodpowiedzialnych trzeba szukać właśnie w Moskwie. Póki bowiem trwał porządek wersalski, którego elementem było istnienie niepodległej Polski i szeregu innych niepodległych krajów w tej części Europy, Żydzi byli bezpieczni. Zburzenie tego systemu przez III Rzeszę i jego najbliższego sojusznika – Związek Sowiecki – było pierwszym krokiem w kierunku urzeczywistnienia planów Hitlera wobec Żydów. Bez współpracy niemiecko-sowieckiej z lat 1939-1931 nie byłoby Holocaustu.

Małym (o ile w ogóle) pocieszeniem może być fakt, że Rosja stale używa broni historycznej wobec krajów bałtyckich, przedsta- wiając światu Litwinów, Łotyszy i Estończyków jako generalnie (bez wyjaśnienia kontekstu historycznego i nieadekwatnie co do skali zjawisk) hitlerowskich kolaborantów i zbrodniarzy. Najdalej posuniętą „historyczną wojnę hybrydową” rosyjskie media i historycy prowadzą z Ukrainą. Traktują ten kraj jako fragment Rosji i używają historycz- nych argumentów do stałego kwestionowania jej niepodległości.

IPN, czyli element infrastruktury krytycznej państwa

Zadania Instytutu Pamięci Narodowej zawsze wykraczały poza sferę klasycznej działalności naukowej. Opisanie czasów komunizmu z mechanizmami działania systemu, które uznano za istotne przy tworze- niu Ustawy o IPN, wcale nie jest najważniejsze. Niezwykle ważne stało się odtworzenie losów wielu mniej znaczących ludzi „Solidarności”, a także tych, którzy walczyli zbrojnie z komunistami w początkach PRL-u. W tym zakresie podjęto szereg działań nie tylko naukowych, ale także edukacyjnych w różnych obszarach przestrzeni publicznej. Dziś, głównie dzięki działalności IPN-u, osoby takie jak rtm. Witold Pilecki, gen. August Fieldorf „Nil” czy Danuta Siedzikówna „Inka” są powszechnie znane i zajmują należne im miejsce w polskim Pan- teonie. Ale to tylko jeden wymiar działalności IPN-u. Dziś, po tym niemal ćwierćwieczu, trudno byłoby wskazać placówkę z chociażby zbliżonym dorobkiem badań naukowych XX wieku i zasług w budo- waniu narodowej wspólnoty.

Dziś IPN odgrywa w szybko zmieniającym się świecie także inną, zupełnie fundamentalną dla Polski rolę. Ostateczne zwycięstwo pokoju i liberalnej demokracji, które przed laty zapowiadał Francis Fukuyama, okazało się głównie pokazem arogancji i ślepoty. Rywaliza- cja cywilizacji, imperialnych mocarstw i narodowych interesów toczy się w najlepsze i nic nie wskazuje na to, by ten stan miał w najbliższym czasie ulec zmianie. Przeciwnie: rywalizacja odbywa się na co- raz to nowych polach. Już dziś toczy się niemal otwarta walka między światem Zachodu a „państwami zbójeckimi”, chociażby w obszarze środków masowej informacji czy cyberprzestrzeni. Chiny na skalę globalną szpiegują i kradną technologie, Rosja atakuje infrastrukturę cyfrową Stanów Zjednoczonych, państw NATO i Ukrainy. Kwestią strategiczną i narzędziem polityki jest dziś budowa rurociągów i sprawa dostępu do surowców energetycznych. Nie inaczej jest z kwestią posiadania własnych mediów. Państwa, które pozwalają kontrolować ośrodki kształtowania opinii publicznej przez obce podmioty, z góry skazują się na utratę suwerenności. Nadto żadne normalne państwo nie będzie w stanie należycie funkcjonować w czasie kryzysów, nie posiadając własnych środków informacji, takich jak telewizja. Pandemia koronawirusa spowoduje zapewne kolejne zmiany definicji infrastruktury krytycznej, którą powinien posiadać kraj wielkości Polski, by zapewnić bezpieczeństwo obywateli. Przepychanki przy imporcie z Chin respiratorów i maseczek zapewne wywołają refleksję, czy zasadne było prywatyzowanie, a jeszcze częściej likwidowanie w Polsce produkcji podstawowych środków ochronnych, sprzętu medycznego i leków. Trzeba też mieć nadzieję, że w przyszłości będziemy dysponować stosowną linią produkcyjną do produkcji szczepionek na wirusy, które mogą pojawić się w przyszłości tak samoczynnie, jak i w wyniku działań państw zbójeckich. Następny wirus może być znacznie bardziej śmiertelny niż atakujący obecnie koronawirus.

Właściwa infrastruktura gazowa czy jednostki do walki z atakiem cyfrowym, a także zaplecze techniczno-medyczne na wypadek pandemii są dziś oczywistymi elementami bezpieczeństwa, tak jak regularna armia i służby bezpieczeństwa państwa. Nie można zapominać, że przestrzenią walki o różne interesy, zwłaszcza ostatnio, stała się także historia.

Być albo nie być

Na działania Rosji, „polskie obozy koncentracyjne” i inne szkalujące wypowiedzi mediów na świecie o Polsce, a także na działania oszustów udających naukowców w obszarze Holocaustu Polska musi dawać odpowiedź. Tak jak szkolimy żołnierzy i kupujemy samoloty, budujemy gazoporty, trzeba zadbać o wizerunek Polski w świecie i świadomość historyczną własnych obywateli. Inaczej za kilka lat ockniemy się w Polsce, w której młode pokolenie będzie prezentowało wiedzę z serialu Nasze matki, nasi ojcowie i będzie się wzruszać przy artykułach Onetu o smutnych świętach niemieckich żołnierzy w okupowanej Polsce. Jak pozwolimy na takie medialne operacje, za chwilę zrobią z nami, co zechcą. Zobaczymy Polskę zbrukaną, upodloną kłamstwami o masowym udziale Polaków w mordowaniu Żydów i współodpowiedzialnością za Holocaust. Katastrofalnie ucierpi na tym międzynarodowa pozycja Polski. Mogą pojawić się znów ostrzej artykułowane roszczenia na dziesiątki miliardów dolarów. Dlatego prawdy historycznej trzeba bronić, a działania IPN-u w tym zakresie – jedynej instytucji, która stanowi solidne zaplecze do takich debat i obrony racji stanu – są dziś i będą w przyszłości nie do zastąpienia.

Wspomniany już tu kilkakrotnie Jan Grabowski z tzw. nowej polskiej szkoły badań Holocaustu (a raczej jego mistyfikacji) stale nawołuje do likwidacji IPN-u i dobrze wie, co robi. Polska przegra wszystko i z każdym, nie tylko z Rosją czy Niemcami, ale naprawdę z byle kim. Nawet z różnej maści naukowymi oszustami.

Ostatnio w mediach pojawia się krytyka wielu działań IPN-u, a także krytyka niektórych luminarzy polskich nauk historycznych. Rytualnie pojawiają się wynurzenia o zmarnowanych pieniądzach i IPN-ie jako „marginesie świata polskiej nauki”, który otrzymuje więcej środków finansowych niż inne placówki naukowe. Krytyka ta jest chybiona. Pieniądze idą tu na dużo więcej zadań niż nauka. Większość środków pochłaniają edukacja, poszukiwania szczątków ofiar komunizmu i ich upamiętnianie. Jeszcze więcej kosztuje działalność dwóch (niezależnych od władz IPN-u) prokuratur: Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu i Biura Lustracyjnego, których działalność jest kulą u nogi Instytutu. Podniesiona przez prof. Wnuka sprawa braku wymogu dla naukowców IPN-u systemtycznego zdobywania stopni naukowych i uzyskiwania publikacjami

punktów może być traktowana nie jako wada, a błogosławieństwo. Praca przy ogólnopolskim, ambitnym projekcie wymaga czegoś więcej niż pogoń za stopniami i punktami, która po reformie ministra Gowina stała się katastrofą polskiej humanistki.

Słowa o „marginalnej” roli IPN-u w polskiej nauce można skwitować odesłaniem do listy nominacji i zwycięzców konkursów na książki historyczne w ostatnim dziesięcioleciu. Życzyłbym takich sukcesów każdej placówce naukowej w Polsce.

W każdej krytyce zawsze tkwi jakieś ziarno prawdy. Ale nie ma poważniejszych wątpliwości, że bez względu na ilość przekazanych pieniędzy żadna inna placówka naukowa nie zastąpi IPN-u. Jak widać, bez słowa sprzeciwu „główny nurt” polskiej nauki pozwala na funk- cjonowanie Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFIS PAN, których jak dotąd nikt nie zobligował nawet do odpowiedzi na artykuły, gdzie zilustrowano konkretnymi przykładami zarzuty manipulacji źródeł metodami na miarę i skalę KC PZPR z lat 50. XX w. Może dlatego, że autorzy tych machinacji „wyrabiają punkty”?

Niech Bóg ochroni Polskę przed sytuacją, kiedy w dziedzinie podstawowych interesów państwa będzie ona zdana wyłącznie na polskie uniwersytety i PAN. Pasują one do obrony prawdy historycznej i interesów państwa jak – sięgając do klasyka – przysłowiowa krowa pod siodło. Z tej perspektywy sytuacja jest prosta. Albo 40-milionowy kraj leżący pomiędzy dwoma historycznie umiarkowanie sympatycznymi sąsiadami, w miejscu krzyżowania się potężnych interesów politycznych i finansowych, będzie prowadził własną politykę historyczną, albo stanie się postawą sukna, które będzie rwał kto żyw naokoło.

Historyk może pomstować na takie instrumentalne traktowanie historii, gdzie każdy próbuje wykorzystać ją do swoich nie zawsze nobliwych celów lub wręcz – jak dziś na przykład Rosja wobec Ukrainy – do uzasadnienia planowanej agresji i likwidacji sąsiedniego państwa. Wojna interesów w przestrzeni historycznej trwa i w świecie błyskawicznego rozwoju mediów coraz bardziej oderwanym od treści wiarygodnych badań naukowych raczej będzie przybierała na sile. Nieobecni nie będą mieli racji i za brak właściwej polityki, informacyjnej, umiejętności, a przede wszystkim woli ukazywania swojej prawdziwej historii i zapłacą wysoką cenę. Jestem zwolennikiem wyrzeczenia się prowadzenia własnej polityki historycznej, tak jak pełnego światowego rozbrojenia, także w obszarze historii. Pod warunkiem wszakże, że zrobimy to jako ostatni.