Wildstein: fundusze unijne wytwarzają mentalność żebraczą – XII Kongres Polska Wielki Projekt

Wildstein: fundusze unijne wytwarzają mentalność żebraczą

– Przyzwyczailiśmy się sądzić, że najważniejsze są fundusze z Unii Europejskiej. Myślę jednak, że to jest myślenie nieprawdziwe. One oczywiście mają znaczenie dla naszej gospodarki, ale nie sądzę, żeby było ono fundamentalne. Fundusze unijne wytwarzają specyficzną mentalność, którą można nazwać mentalnością żebraczą – powiedział podczas XI Kongresu Polska Wielki Projekt Bronisław Wildstein.

Wildstein moderował debatę „Polska w UE – bilans członkostwa” w której brali również udział: Paweł Dobrowolski, ekspert Instytutu Sobieskiego, prof. Tomasz Grosse, ekspert Centrum Analiz Instytutu Jagiellońskiego oraz Cezary Kaźmierczak, publicysta, przedsiębiorca i prezes Związku Pracodawców i Przedsiębiorców.

Były opozycjonista antykomunistyczny zaznaczył, że w Polsce brakuje debaty nt. korzyści i strat wynikających z członkostwa naszego kraju w Unii Europejskiej. „Chcemy zastanowić się nad naszym dalszym uczestnictwem w UE. Obecnie przestawia się ono jako sakrament. Tego nie można kwestionować, można co najwyżej wspominać o tym, że Polska już na zawsze trwać będzie w tych strukturach. Można jednak przypuszczać, że Unia Europejska nie będzie trwała wiecznie, należy się więc zastanowić, czy nasza tam obecność, na każdych warunkach, zawsze będzie nam się opłacała. Unia Europejska to jest układ polityczno-gospodarczy czy gospodarczo-polityczny. Jak każdy tego typu układ stawia przed uczestnikami pytanie o warunki opłacalności. Anglicy na przykład w pewnym momencie stwierdzili, że to przestało im się opłacać. Instytucje, które powinny badać funkcjonowanie Unii Europejskiej, zajmują się wyłącznie propagandą. Wszędzie znajdziemy napisy, że coś powstało dzięki Unii czy dzięki funduszom unijnym. Brakuje natomiast rzeczowej analizy, co to znaczy, na jakiej zasadzie, z jakimi kosztami to się wiąże. Zwróciłbym uwagę na jeszcze jedną kwestię. Przyzwyczailiśmy się sądzić, że najważniejsze są fundusze z Unii Europejskiej. Myślę jednak, że to jest myślenie nieprawdziwe. One oczywiście mają znaczenie dla naszej gospodarki, ale nie sądzę, żeby było ono fundamentalne. Fundusze unijne wytwarzają specyficzną mentalność, którą można nazwać mentalnością żebraczą. My istniejemy i funkcjonujemy wyłącznie dzięki tym funduszom. Gdyby ich nie było, to wtedy w ogóle by była czarna dziura, zapaść, nie byłoby w Polsce żadnej cywilizacji. To jest, po pierwsze, nieprawdziwe, po wtóre – prowadzi do niewłaściwych postaw. Zdaję sobie sprawę, że dość radykalne zaznaczam swoje stanowisko” – stwierdził.

Zdaniem dziennikarza polski euroentuzjazm wynika z „historycznych kompleksów”. „Chciałbym zwrócić uwagę na trochę paradoksalną sytuację. Polska jest jednym z najbardziej euroentuzjastycznych krajów. Wszystkie sondaże pokazują, że przynależność do Unii Europejskiej jest dla nas nie tylko oczywista, ale jest wręcz dogmatem. Moim zdaniem wynika to z naszych kompleksów, które zafundowała nam historia. Bardzo długo byliśmy w systemie komunistycznym, tęskniliśmy za Europą, chcieliśmy być na Zachodzie. Nie zwracaliśmy więc uwagi na to, że ta Europa się zmienia, i że ten cywilizacyjny, ogromny sukces odniosła w innym stanie kulturowym, mentalnym niż jest obecnie. Upodabnianie się do Europy i Europejczyków niespecjalnie teraz może nam pomóc w rozwoju, bo być może właśnie następują negatywne procesy. Europa przestała się tak dynamicznie rozwijać. Ten nasz kompleks spowodował, że nie zajmowaliśmy się tym, jak ta Europa się zmienia, ale nawet nie dostrzegaliśmy różnic między krajami, które są w UE, a przecież te różnice są bardzo wyraźne. Ta sytuacja, ten euroentuzjazm, który wyrasta z naszych kompleksów, powodują, że my nie mamy atutów w rękach. Ostatnim punktem negocjacji jest niezgoda na status quo. Mówimy: „Nie, na to się nie zgodzimy pod żadnymi warunkami”. A jeżeli mówimy, że za wszelką cenę musimy być w Unii Europejskiej, to wtedy tracimy możliwość prawdziwej walki o swoje interesy. Wydaje mi się, że po to, żeby walczyć o swoje interesy w Unii Europejskiej, powinniśmy przede wszystkim dążyć do zmiany mentalności w Polsce, do zmiany myślenia o Europie w kategoriach fetyszu. Jednocześnie ta walka musi zakładać jednoznaczne sformułowanie możliwości, że w pewnej sytuacji przynależność do Unii Europejskiej przestanie nam się opłacać” – podkreślił.

Apelował, że należy utworzyć „koalicję peryferii” w ramach UE. „Powinniśmy bardziej jednak tworzyć mocniejszą koalicję peryferii. Ona niby jest, ale jednak ciągle nie na tyle spójna, by była skuteczna. Przypominam, że takie struktury w Europie istnieją. Francja z Niemcami tworzyły od początku osobne układy i nikogo to nie oburzało. Nie ma powodu, żebyśmy z Węgrami nie stworzyli takiego w miarę zwartego układu, do którego przystępowałyby inne kraje. Tym bardziej że to Polska dla większości krajów postkomunistycznych jest wzorem i można to wykorzystać. Trzeba walczyć o swoje interesy, a nie mydlić sobie oczy piękną harmonią i myśleć, że mądrzejsi w Brukseli zadbają o nasz interes. Jak się okazuje, oni dbają głównie o interes tych dominujących państw, zwłaszcza Niemiec. Z uporem maniaka wracam do kwestii bardziej generalnej. Oczywiście, to należy robić, tylko w pewnych warunkach może się okazać to nieskuteczne. W pewnym warunkach możemy się dowiedzieć, że to po prostu przestaje działać. Te potęgi europejskie są na tyle silne, że mogą nam cofnąć fundusze, narzucić nam kolejne kary, TSUE może nas skazać, już nie wiem za co. Proszę zwrócić uwagę na ostatnie wydarzenia. Polski Sąd Najwyższy wycofał się z reformy, którą potępiło TSUE. Pani przewodnicząca powiedziała, że dostosuje się do wyroku. Jaka jest reakcja ze strony TSUE? Domaganie się kar dla Polski. Nie ma żadnego realnego dialogu. Wyraźnie chodzi o to, żeby obecne władze Polski upokorzyć, żeby zmienić układ polityczny. Przypominam, że Unia Europejska zmieniła władzę już w dwóch państwach – we Włoszech i Grecji. W tej chwili wyraźnie mamy taką presję ze strony Unii Europejskiej, de facto ze strony tych najsilniejszych państw, czyli Niemiec, żeby w Polsce zmienić władzę na taką, która będzie uległa wobec nich. Dawna władza twierdziła, że należy płynąć w głównym nurcie. Powtarzam i powtórzę jeszcze raz, że fakt, że coś takiego władza mogła mówić i nie spotkało się to z należytą odpowiedzią, świadczy o tym, jak bardzo żyjemy w świecie, w którym nie rozpoznajemy rzeczywistości. Co to znaczy płynąć w głównym nurcie? Kto wyznacza główny nurt europejski? Chyba nikt, nawet najbardziej entuzjastyczny eurofil nie powie, że to my wyznaczamy główny nurt. Przecież to jest oczywiste. Płynięcie w głównym nurcie oznacza abdykację, rezygnację z polityki” – mówił.

Moderator panelu jest zdania, że lewica dominuje politycznie na kontynencie, którego społeczeństwa nie mają takich poglądów. „Kolejny problem: lewica wygrywa na kontynencie, który wcale nie jest lewicowy, w sensie powszechnych opinii. Dominujące ośrodki zostały przejęte przez lewicę. One potrafiły skolonizować partie prawicowe, które są partiami prawicowymi z nazwy. To jest ten główny nurt, te partie właściwie się od siebie nie różnią. Jest to pewien problem, który de facto eliminuje demokrację. One się różnią tylko twarzami polityków i nazwami, ale nie wyrażają pewnych idei, które są głęboko zakorzenione w tradycji i świadomości europejskiej. Pod tym względem rzeczywiście Polska czy Węgry są krajami naprawdę pluralistycznymi. O Unii Europejskiej powiedzieliśmy sobie już parę podstawowych kwestii. Należy walczyć o swój interes, a żeby to robić, trzeba mieć właściwych ludzi, co w tej chwili niestety nie jest praktykowane nawet przez obecny rząd. Jest jednak różnica w stosunku do poprzedniego, który w ogóle nie uznawał za stosowne walczyć o swój interes, uznając, że trzeba płynąć w głównym nurcie, za co zostaną wynagrodzeni poszczególni politycy na przykład stanowiskami w strukturach europejskich” – przekonywał.  

„Wracam jeszcze do sprawy tak zwanego polexitu. Gdyby ten diabeł wylądował na placu Zamkowym, to co by to oznaczało? W jakich warunkach należy tę sprawę rozważyć? Czy naprawdę musiałoby się to wiązać z katastrofą, jak to jest nam przedstawiane? Czy to by znaczyło zerwanie stosunków gospodarczych? Tego nie wiemy, nie wydaje się to takie proste, biorąc pod uwagę relacje polsko-niemieckie. Jeżeli mamy do czynienia ze strukturą, która usiłuje nam narzucić rozwiązania polityczne, nie licząc się z naszymi demokratycznymi wyborami, to tego akceptować nie możemy. Jeżeli patrzymy na przykład na niektóre projekty ekologiczne, przecież to też może prowadzić do samobójstwa Europy. Samobójstwo Europy oznacza również katastrofę dla nas” – dodał.