Engels: Tolkien byłby przerażony politycznym programem współczesnych ekologów – XII Kongres Polska Wielki Projekt

Engels: Tolkien byłby przerażony politycznym programem współczesnych ekologów

„Człowiek jest więc częścią przyrody, ale jako istota duchowa jest też wyższy od natury i musi ją chronić i dbać o nią, podczas gdy dla lewicy człowiek jest wrogiem natury i lepiej go wymazać. Jednocześnie, co jeszcze bardziej paradoksalne, podczas gdy lewica wzywa do skrajnych i najbardziej konserwatywnych form ochrony środowiska, to stosuje zupełnie inne zasady wobec człowieka, który jest rozpatrywany wyłącznie przez pryzmat konstruktywizmu społecznego: przyroda musi być zachowana za wszelką cenę w stanie wyjściowym, ale ludzie są zapraszani do przeszczepów czy biomechanicznej zmiany płci. Moim zdaniem Tolkien jako konserwatywny miłośnik przyrody byłby przerażony, gdyby mógł zobaczyć polityczny i ideologiczny program współczesnych ekologów” – mówił w rozmowie. z Fundacją PWP prof. David Engels z Instytutu Zachodniego.

Fundacja PWP: Jak upadają cywilizacje?

Prof. David Engels: Cywilizacje nie są wiecznymi bytami, ale dokładnie tak jak ludzkie czy inne biologiczne organizmy są uwarunkowane narodzinami, wzrostem, dorosłością, schyłkiem, starością i w związku z tym wznoszą się i upadają, jak wielu ludzi mówi. To jest coś, co wiemy od klasycznej starożytności. Jestem więc przekonany, że jest to naturalne zjawisko, które musimy zaakceptować. Dokładnie tak samo jak musimy zaakceptować naszą własną śmiertelność. Jest to również spostrzeżenie, które jest wszechobecne w świecie Tolkiena. Tak więc, jeśli spojrzymy nie tylko na Władcę Pierścieni, ale szczególnie na Silmarillion, to zauważymy, że cała historia Śródziemia to nic innego jak sukcesja powstawania i upadku ważnych cywilizacji, czy to Elfów w Valinorze, czy różnych królestw Elfów w Beleriandzie, czy potem Númenoru jako archetypu powstawania i upadku cywilizacji a potem oczywiście Gondor i wiele innych. Wszędzie u Tolkiena jest też bardzo silny komponent powstania i upadku cywilizacji. Myślę, że on na pewno też należy do tego bardziej tradycyjnego podejścia do śmiertelności społeczeństw i cywilizacji.

We Władcy Pierścieni i Silmarillionie możemy zauważyć, że w ujęciu Tolkiena cywilizacje zaczynają upadać lub są w fazie schyłkowej, kiedy oddalają się od natury, od czegoś w rodzaju naturalnego stanu bycia. I widzimy to wyraźnie po Isengardzie, to jest po prostu kompleks przemysłowy zła. Im dalej od natury, tym bliżej upadku, jeśli możemy tak uprościć. Czy uważa Pan, że jest to uzasadnione? Czy Tolkien myślał w tych kategoriach? I czy jest to jest bliskie rzeczywistości? Zastanawiam się, czy możemy to przełożyć na współczesną cywilizację.

Tak, ale myślę, że to lekceważenie natury, które rzeczywiście jest obecne w tych wszystkich społeczeństwach i cywilizacjach zaczynających upadać i podupadać, jest tylko symptomem czegoś większego, bo natura jest oczywiście u Tolkiena niezwykle ważna, ale nie jest kluczowa. Jest raczej symptomem, ale myślę, że dla Tolkiena przynajmniej, bardziej pierwotnym niż lekceważenie natury, jest lekceważenie prawa boskiego. I rzecz jasna szacunek dla natury jest częścią również prawa boskiego, ale jest znacznie szersze. Spójrzmy na przykład na upadek Elfów. Zaczyna się od hybris i arogancji Fëanora w Valinorze. Upadek Elfów również w Beleriandzie zaczyna się od Fingorego i jego lekceważenia bogów wraz z królem Gondolinu, który odmawia ewakuacji swojego miasta, później od Númenorejczyków, którzy lekceważą boskie prawo i podążają drogą Valinoru. Oczywiście jest również królestwo Gondoru, którego król zaczyna lekceważyć w końcu własne potomstwo. Można zatem powiedzieć, że to lekceważenie pewnego porządku podziału, pewna forma arogancji i hybris istoty stworzonej, która nie chce być ograniczona do narzuconych przez bogów praw, ale chce być czymś więcej, zaczynając już od Morgotha, który nie respektuje ograniczeń wyznaczonych przez Ilúvatara, że to jest grzech pierworodny.

I towarzyszy temu potem także lekceważenie natury, tj. środowiska, innych istot i tak dalej, ale raczej jako symptom. Rzeczywiście, jeżeli popatrzymy również na historyczne cywilizacje, to widzimy, że w końcowej fazie każdej cywilizacji również mamy pewien brak szacunku dla tradycyjnej religii i zainteresowanie tylko krótkoterminowym, indywidualnym, egoistycznym interesem, a nie interesem wspólnoty.

Nawet zachodnie zjawisko zanieczyszczenia środowiska i sztucznego wymierania pewnych kategorii istot i zwierząt nie jest pod tym względem niczym nowym, bo widzimy na przykład także w klasycznym antyku, który jest moją specjalnością, bardzo podobne zjawisko. W ostatnich dziesięcioleciach źródła te nie były badane przez pryzmat zanieczyszczenia środowiska i braku poszanowania dla przyrody.

Dzisiaj wiemy, że w późnej republice i w okresie cesarskim panowały absolutnie straszne warunki, jeśli chodzi o poszanowanie przyrody i że nawet cała Italia została wylesiona i nastąpiła ogromna ingerencja człowieka w naturalną równowagę przyrody, co w końcu doprowadziło do katastrof rolnych i tego typu rzeczy.

Podsumowując, myślę, że Tolkien rzeczywiście ma rację, przedstawiając to połączenie lekceważenia natury, ale także lekceważenia praw boskich w jego wtórnej kreacji. I to dość dobrze odpowiada temu, co dzisiejsze studia cywilizacyjne również przedstawiłyby jako symptomy tych etapów ewolucji historycznej.

Może to będzie trochę naiwna perspektywa, ale zgodzimy się chyba, że mamy lepsze warunki życia niż nasi dziadkowie i rodzina przed nimi. Oczywiście, możemy się też zgodzić, że następuje odchodzenie od tradycyjnych wartości i religii, ale jakość życia na półkuli północnej jest znacząco lepsza niż 100 lat temu, a zwłaszcza 200, 300 lat temu. Jak więc można mówić, że cywilizacja zachodnia jest w fazie upadku?

Musimy zdefiniować te pojęcia. Czy naprawdę jesteśmy w lepszej sytuacji niż nasi dziadkowie? Oczywiście musimy też sprecyzować, gdzie oni żyli, w jakich warunkach. Na pewno sytuacja w Europie Wschodniej jest inna niż w Europie Zachodniej, są tam różne regiony, które ewoluowały w bardzo różny sposób. Trudno jest upraszczać, ale mimo to, tak, moje pokolenie przynajmniej, mam teraz 42 lata, może być w lepszej sytuacji niż moi dziadkowie, ale już teraz nie w lepszej od moich rodziców. To jest już bardzo wyraźne, że moje pokolenie, nawet z materialnego punktu widzenia, jest w regresie w stosunku do pokolenia moich rodziców. Kiedy widzę, na przykład w mojej rodzinie i w tym pokoleniu, jaki styl życia pokolenie moich rodziców było w stanie sfinansować z jednej pensji – wakacje, kupno domu, tego typu rzeczy i porównuję to do mojego pokolenia, a już szczególnie do młodszych, to widać wyraźnie, że szczyt dobrobytu materialnego się skończył.

To jest dość oczywiste, nawet z ilościowego punktu widzenia, przynajmniej w Europie Zachodniej. W krajach byłego bloku komunistycznego wygląda to inaczej, ale przynajmniej w Europie Zachodniej szczyt jest już za nami i jesteśmy teraz po raz pierwszy od wielu lat w pokoleniu, w którym młodzi ludzie bardzo wyraźnie mówią, że spodziewają się gorszej przyszłości niż ich właśni rodzice. Pokolenie rodziców też wie, że ich dzieci będą miały znacznie mniej udogodnień w życiu niż oni. Takie rzeczy jak wysoka emerytura, wakacje, kupienie domu, wyżywienie rodziny z jednej tylko pensji są trudno osiągalne. Zachód materialnie wyraźnie idzie w dół, nawet w porównaniu z poprzednim pokoleniem. Ale myślę, że to i tak nie jest najważniejsze, bo wiadomo, że można być lepiej sytuowanym materialnie od innych, a mimo to żyć w ogromnym cierpieniu istoty duchowej i jeśli spojrzymy na ogromne problemy, jakie przeżywa nasza cywilizacja, gdzie wszystko, co jest związane z duchowym dobrostanem i tradycyjnymi wartościami, takimi jak miejsce rodziny we własnej tożsamości i własnym środowisku, jeśli spojrzymy także na ogromny spadek jakości i ilości przyjaźni, jest wiele badań na ten temat, podobnie jest z duchowością. Znaczenie bycia częścią pewnej cywilizacji i kultury oraz chęć jej obrony i definiowania siebie poprzez nią, jest również ważne dla człowieka. Wszystkie te wartości zanikają, wręcz już zanikły i pozostawiają zachodniego człowieka coraz bardziej jako zdezorientowaną jednostkę, która nie ma nigdzie żadnej kotwicy, czy to w rodzinie, czy w religii, czy w tradycji, czy w narodzie, czy w kulturze, czy w języku, w czymkolwiek. Człowiek jest po prostu jednostką bez orientacji, czującą się coraz bardziej przerażoną i po prostu wierzącą, że istnienie polega na konsumowaniu rzeczy, prowadzeniu jakiejś formy hedonistycznego stylu życia, robieniu kariery, ale bez jakiejkolwiek formy ukrytego bytu. Myślę, że ktoś, kto naprawdę wierzy w wartości i wierzy w to, że jest coś ważniejszego niż on sam i jeśli jest w stanie walczyć o te wartości, jest prawdopodobnie dużo bardziej szczęśliwy niż ktoś, kto wiedzie egzystencję pszczoły, mrówki, tylko jako część ogromnego zbiorowego ula, gdzie każdy walczy o kawałek dla siebie, ale bez żadnej formy ukrytego celu duchowego. Myślę więc, że jest to także część tego, co można nazwać upadkiem Zachodu i jest to oczywiście także temat, który widzimy masowo u Tolkiena. Jeśli przeczytasz opis ostatnich pokoleń Númenoru, to odpowiada on dokładnie duchowym problemom współczesnych ludzi Zachodu. Myślę więc, że Tolkien również miał ten pogląd, tę diagnozę i dostrzegł, że to wszystko nie skończy się dla nas zbyt dobrze, tak jak nie skończyło się dla wyspy Númenor.

Istnieją schematy rozwoju cywilizacji, które powstają, osiągają szczyt a potem upadają. Czy uważa Pan, że na przykład cywilizacja zachodnia, jak jest w upadku w opiniach wielu, może w jakiś sposób, może to głupie porównanie, odbić się z dołka z powrotem w górę, jak akcje na giełdzie i nadal prosperować?

Nie, nie sądzę żeby to było możliwe, ale to o wiele bardziej złożone niż wzrost i upadek cywilizacji. I ja w wielu artykułach i w książce, którą teraz piszę, wytyczam też etapy ewolucji cywilizacji, które są dużo bardziej precyzyjne i które starają się pokazać, że nawet w dzisiejszych czasach, w czasach upadku, te wszystkie różne etapy też mają swój sens. Jest dokładnie tak, jak w przypadku człowieka. Oczywiście biologicznie jest faza wzrostu i potem osiągamy jakąś formę szczytu, szczytu biologicznego, gdzieś w wieku 20 lat, potem być może też szczyt innego rodzaju gdzieś w okolicach 40 lat, kiedy mamy swoją całkowitą dojrzałość intelektualną i jeszcze możliwości cielesne. A potem powoli to spada, aż do śmierci, ale to nie znaczy, że wszystko poniżej 40 roku życia nie jest zbyt dobre, a wszystko po nim to już tylko katastrofa.

Każdy wiek ma swoje znaczenie i wielu ludzi może mieć okropne dzieciństwo lub młodość i może być bardzo szczęśliwymi oraz spełnionymi starcami i w drugą stronę również. Myślę, że wszystkie te epoki mają swoje różne uzasadnienie, znaczenie i nawet teraz, gdy jesteśmy w fazie upadku jako cywilizacja, dokładnie jako istoty ludzkie, wciąż jest wiele do zrobienia. To ma jeszcze jakąś wartość i nawet jeśli jesteśmy prawie u kresu, to nadal mamy pewną dojrzałość i pewną wiedzę. Wciąż mamy pewne zdolności, które powinny być całkowicie wykorzystane, aby nadać sens. I nawet z naszego upadku, w przyszłości nadal mogą istnieć inne cywilizacje lub inne społeczeństwa, które mogą mieć z tego pewną korzyść. Są dwie rzeczy, które uważam za ważne pod tym względem u Tolkiena. Z jednej strony Tolkien bardzo mocno podkreśla, że nawet z niebezpieczeństwa, z nieszczęścia, może wyniknąć coś pięknego. I nawet jeśli jest to okupione cierpieniem wielu, to może stworzyć coś, co jest bogatym świadectwem sztuki i piękna. Jest to jedna z możliwości, która oczywiście nadal istnieje, nawet w upadającej cywilizacji i nawet dla ludzi takich jak ja, będących ostatnimi konserwatystami, którzy w jakiś sposób również cierpią z powodu tych wszystkich elementów, jest to próba przekształcenia swojego cierpienie w coś lepszego. Drugim aspektem, który uderza mnie z tolkienowskiej perspektywy, jest to, że bardzo często to właśnie w tych ostatnich momentach cierpienia, upadku, również moralnego zepsucia, niektórzy ludzie przynajmniej mają możliwość, ponownie, przekroczenia tego cierpienia i zasiania nasion na przyszłość. Jeśli spojrzymy na pierwszą erę, gdzie właśnie z ruin Gondolinu wyłania się Eärendil, który pośród totalnej katastrofy i upadku Belerlandu wciąż jest w stanie przynieść Silmarile do Valinoru. Albo pod koniec drugiej ery lub w połowie drugiej ery, kiedy Númenor upada, daje to oczywiście możliwość Eärendillowi ucieczki z Númenoru i przyniesienia świętego drzewa do Śródziemia oraz zbudowania fundamentów czegoś, co później stanie się Gondorem. Myślę więc, że istnieje ta podwójna odpowiedzialność estetyczna i duchowa, a także bardzo konkretna odpowiedzialność, która wciąż ciąży na ludziach końcowych etapów cywilizacji i dlatego nie przyjąłbym modelu, w którym koniec cywilizacji kojarzy się tylko z dekadencją, rozpaczą i bezsensem.

W trylogii i nie tylko możemy wyczuć, że Tolkien uważa, że człowiek jest słaby, jest po prostu słabą istotą. Jak uczynić człowieka silnym, mocniejszym? Bo przynajmniej z jakiegoś logicznego wywodu wynika, że są takie momenty w rozwoju cywilizacji, że są silni ludzie, którzy budują tę cywilizację, wspólnotę rodzinną, swoją społeczność, a potem szerzej – państwo i inne struktury.

Tak, to wszystko są pytania u Tolkiena, zaczyna się jako refleksje anegdotyczne i fantastyczne, a kończy na teologii i dogmatach religijnych. I to jest też jedna z kwestii, gdzie Tolkiena można zrozumieć tylko z chrześcijańskiego, dogmatycznego, teologicznego punktu widzenia, żeby naprawdę odgadnąć, co chciał powiedzieć. I tak, dokładnie, tak jak Pan powiedział, człowiek jest słaby. I nie tylko on, bo Elfy i Krasnoludy też nie są dużo lepsze. Wszystko to są tylko twory Boga, więc są w jakiś sposób ułomne. Elfy są ułomne, przynajmniej od czasu hybris Fëanora. Ludzie też ze swoimi drzewami bogów, przynajmniej w różnych bitwach przeciwko Morgothowi, a pewnie i wcześniej. Wszystkie narody czy wszystkie rasy u Tolkiena mają swój moment grzechu, słabości. Wszyscy są ułomni, wszyscy są grzesznikami w jakiś sposób. I to jest coś, co trzeba przezwyciężyć, ale paradoksalnie dla Tolkiena i w opozycji do Hollywood, wielkość człowieka, Elfa czy czegokolwiek innego nie polega na tym, że chce się przezwyciężyć te wady, stając się silniejszym i inteligentniejszym. Tak wyglądałaby perspektywa hollywoodzka, a u Tolkiena jest wręcz przeciwnie.

W uświadomieniu sobie swoich wad i ograniczeń oraz nawet w braku zaufania do samego siebie leży ostateczna wielkość człowieka. Teologią hollywoodzką byłby Boromir, który chce objąć panowanie lub walczyć ze złem, zwyciężyć oraz stworzyć siłą oręża szczęście i porządek dla wszystkich. To byłoby właśnie Hollywood. A Tolkien pokazuje bardzo wyraźnie – nie, to jest droga ku niebezpieczeństwu, ku zdradzie i wreszcie ku śmierci oraz katastrofie. Prawdziwym bohaterem jest ten, który nie przyjmuje pierścienia, jak Aragorn czy nawet jak Gandalf, który mówi: „Nie, nie mogę tego przyjąć. Nie mogę mieć wiary w siebie, bo wiem, że zostałbym obezwładniony po prostu przez to bogactwo”. Zatem musimy odrzucić tę moc, musimy ją zniszczyć, musimy się poświęcić, bo nie możemy mieć wiary w siebie. I myślę, że to pokazuje zupełnie inny obraz ludzkości w jakiś sposób. Prawdziwa siła wyłania się z wglądu w swoją słabość, a także z tego ostatecznego przekonania, że nie możemy sami, jako ludzie, stworzyć i zagwarantować sobie szczęścia. Możemy próbować, możemy dążyć do tego, ale ostatecznie wszystko pochodzi z góry. Musimy się oczywiście starać, to nasz obowiązek, ale nie powinniśmy wierzyć, że to zależy tylko od nas. Jeśli stoimy przed dylematem, gdzie z jednej strony robimy moralnie słuszny wybór, ale wiemy, że prowadzi on do katastrofy, a z drugiej strony mamy moralnie zły wybór, ale mógłby on doprowadzić, być może, do politycznego sukcesu, to Tolkien powiedziałby: „Obierasz pierwszą, moralnie słuszną drogę, ponieważ tylko na jej końcu, tylko wtedy, gdy lekceważysz własny interes, to gwarancja przychodzi z góry”.

I właśnie o tym jest opowieść o Frodo. Ta ogromna trylogia jest przeciwieństwem historii z happy endem, co jest czymś, czego wielu widzów tak naprawdę nie rozumie lub próbuje skupić całość na konkretnym bohaterze, co wcale nie jest przesłaniem Tolkiena. Przesłanie Tolkiena jest takie, że nawet Frodo, który poświęca całą swoją egzystencję dla zniszczenia tych pierścieni i który idzie na skraj absolutnego załamania psychicznego i fizycznego, który jest naprawdę postacią w jakiś sposób tragiczną z powodu tego całego ciężaru, który bierze na siebie losy całego Śródziemia, nawet on w końcu jest kuszony i zawodzi. Zawodzi, chce użyć pierścienia w ostatnich sekundach przed zniszczeniem. I dlatego na koniec ratuje go nie tyle odwaga, ale litość, którą miał przez wiele tygodni czy miesięcy dla Golluma. I w końcu mimowolnie, dzięki Gollumowi, który go atakuje, sam zostaje uratowany przed zepsuciem psychicznym i moralnym, a jego zadanie zostaje zakończone. To jest ta typowo tolkienowska katastrofa, gdzie w końcu bohaterowi nie do końca udaje się wypełnić swoje zadanie, bo jest tylko człowiekiem i nie udaje mu się, ale z powodu jego wysiłku, z powodu jego chęci pozostania moralnie czystym, w końcu wszystko się układa dzięki boskiemu współczuciu.

We Władcy Pierścieni mamy wyraźnie etap upadku cywilizacji. Nie ma wątpliwości, kto jest dobry, kto zły. Świat jest w zasadzie dwubiegunowy. Czy uważa Pan, że u nas, skoro cywilizacja zachodnia musi upaść będzie, lub już jest, podobnie? Będzie jasne, co jest dobre, co złe i świat po prostu będzie czarno-biały? Z tego co zauważam obserwując politykę w ostatnich latach, tendencja, w Polsce, w Europie, w Stanach Zjednoczonych jest taka, że są jasne granice, co jest dobre, a co złe, wybór jest zerojedynkowy.

Oczywiście u Tolkiena jest wyraźny podział na to, co jest dobre i co jest złe. Jest dobro – Bóg, anioły itd. Jest zło – Morgoth, Sauron itd., więc to jest dość jasne. Nie jest to świat moralnie dwuznaczny jak np. w „Grze o tron” Martina, ale różni bohaterowie Tolkiena nie są tak jednoznaczni. Wiem, że bardzo często zarzuca się Tolkienowi, że zaprojektował świat, w którym wszystko jest czarne lub białe, ale ja tego tak nie widzę. To jest może trochę wina filmów. Może tak jest, ale ja widzę raczej w jego różnych powieściach, mitach itd., że większość tych bohaterów to ludzie, którzy mają wątpliwości. Fëanor jest bardzo niejednoznaczny. Túrin jest bohaterem tragicznym, który grzeszy. Númenórejczycy, nie są jakoś specjalnie źli czy dobrzy. Isildur również ulega pierścieniowi. Boromir walczy z samym sobą. Nawet Denethor ma po prostu na uwadze dobro swojego ludu. Saruman też zaczął swoją karierę z najlepszymi intencjami. Frodo, mimo wszystko, ulega pokusie. Gollum też jest taką szarą postacią pomiędzy. Te wszystkie istoty walczą o określenie siebie. Ale oczywiście…

Ale w większej skali siły dobra i zła istnieją.

Tak, tak. Rzeczywiście, chociaż musimy wiedzieć, że nawet Sauron, nawet Morgoth mają swoje odcienie szarości. Niektórzy bogowie, jak Ulmo na przykład czy inni, też mają nieco dwuznaczny obraz. Ale tak, Tolkien zakłada istnienie sił dobra i zła.

Obserwujemy, że dziś coraz bardziej walka polityczna na zachodzie nie jest już walką różnych obozów mających inną perspektywę, jak dawniej, gdzie można było powiedzieć: „To nie jest dobro przeciwko złu, to jest trochę socjalne, to jest trochę chrześcijańskie, demokratyczne, a to liberalne”. Nie była przez długi czas walka pomiędzy dwoma przeciwstawnymi siłami. Aż do teraz.

Czarno-biały podział staje się coraz bardziej wyraźny w polityce, ponieważ widzimy, że cała strona politycznego establishmentu prowadzi teraz politykę, przed którą przestrzegały nas wszystkie księgi religijne. Można zauważyć, że większość współczesnych lewicowych programów politycznych odpowiada dokładnie wszystkiemu, o czym Nowy Testament, Koran, Tora, konfucjonizm ostrzegały. Polityka staje się coraz bardziej metafizyczną bitwą. Bardzo wielu ludzi rozbija obecnie pojęcie rodziny, tożsamości seksualnej, solidarności z drugim człowiekiem oraz ze społeczeństwem i wysuwa raczej idee transhumanizmu, traktowania istoty ludzkiej jak maszyny, rozpuszczenia nawet pojęcia ludzkiego „ja” i mówienia o potrzebie podłączenia mózgu do komputera. Wszystkie te naukowe czy scjentystyczne utopie w rzeczywistości są dystopią. Wtedy oczywiście walka z tym staje się coraz bardziej walką z naprawdę metafizycznym złem. Walka polityczna staje się coraz bardziej oczywistym, dualistycznym pojedynkiem, gdzie jesteś albo po jednej stronie, albo po drugiej. A to, co było pomiędzy, teraz coraz bardziej się kurczy i albo jesteś tam, albo tam. I te dwie strony są, moim zdaniem, coraz bardziej utożsamiane także z zasadami metafizycznego dobra i zła.

W kontekście ekologii i środowiska myślimy o liberalnych, lewicowych siłach w polityce, które twierdzą przynajmniej, że bardziej chronią przyrodę, a stronie konserwatywnej często zarzuca się, że jej nie szanuje tak jak powinna.

Oczywiście nie powinniśmy zapominać, że ruch ekologiczny jest czymś, co wyłoniło się raczej z prawej strony spektrum politycznego z końca lat 90-tych XIX w. i początku XX wieku. Korzenie ekologizmu są raczej związane z konserwatyzmem i tradycjonalizmem, potem z socjalizmem, który odkrył ekologię całkiem niedawno. Fuzja między ekologizmem a bardziej lewicową polityczną orientacją jest czymś, co wywodzi się w zasadzie z lat 60-tych. Chęć zachowania przyrody i uznania, że przyroda taka, jaka jest, jest czymś, co trzeba zachować jako równowagę, jako harmonię, jest myślą głęboko konserwatywną. To nie jest myśl progresywna. I dlatego szkoda, że konserwatyści trochę zatracili to zainteresowanie przyrodą. Niemniej jednak nawet dzisiaj jest duża różnica między ekologizmem na lewicy i na prawicy. Dla konserwatystów przyroda jest czymś, co jest ożywione, co jest stworzone przez Boga. Dla lewicy natura jest po prostu czymś, co powstaje w wyniku ewolucji. Pogląd, że natura jest duchowa, jest częścią sfery duchowej, jest raczej obecny po prawej stronie, właśnie jako ta idea, że człowiek został stworzony, aby dbać o naturę. Człowiek jest więc częścią przyrody, ale jako istota duchowa jest też wyższy od natury i musi ją chronić i dbać o nią, podczas gdy dla lewicy człowiek jest wrogiem natury i lepiej go wymazać. Jednocześnie, co jeszcze bardziej paradoksalne, podczas gdy lewica wzywa do skrajnych i najbardziej konserwatywnych form ochrony środowiska, to stosuje zupełnie inne zasady wobec człowieka, który jest rozpatrywany wyłącznie przez pryzmat konstruktywizmu społecznego: przyroda musi być zachowana za wszelką cenę w stanie wyjściowym, ale ludzie są zapraszani do przeszczepów czy biomechanicznej zmiany płci. Moim zdaniem Tolkien jako konserwatywny miłośnik przyrody byłby przerażony, gdyby mógł zobaczyć polityczny i ideologiczny program współczesnych ekologów.

Konsultacja merytoryczna w przygotowaniu wywiadu – Maciej Drzewek.